W tym krótkim wpisie chciałbym podzielić się z Wami wrażeniami z naszego business tripa jaki odbyliśmy pod koniec stycznia roku pańskiego 2010. Nasi niemieccy przyjaciele ulokowali nas w hotelu w iście „honekerowskim” stylu. Malutkie zatęchłe klitki, jednosobowe, z białymi ścianami oraz białymi mebelkami, również białymi kafelkami…
Paleta barw i kolorów zapierała dech. Herzlich wilkomenn Herr Wekiera raziło po oczach z telewizora. Na dobry wieczór zamek w drzwiach się zaciął…a może ktoś sprawdzał pokój. Lekka paranoja kliniki psychiatrycznej wypełzała ze ścian…Dobrze, że miałem ze sobą kaftan. Za oknem roztaczał się widok na przykryte śniegiem pozostałości architektonicznych wybryków budowlanych lat sześćdziesiątych. Nasi gospodarze zabrali nas na wieczorne „zwiedzanie” Berlina przy minus ok.12 stopniach, pustych żołądkach i mocnym wschodnioniemieckim wietrze potęgującym uczucie chłodu….przypomniały mi się czasy Zimnej Wojny…poruszaliśmy się pieszo, metrem, pociągiem, trochę jak szpiedzy usiłujący przekazać lub odebrać przesyłkę od informatora, którego nie było w umówionym miejscu na Alexanderplatz, przy okazji próbując zgubić śledzące nas tajne służby naszego kapitalistycznego wroga zza oceanu…Cóż, jak człowiek głodny i mu zimno, trzeba czymś umysł zająć;)
Doczekaliśmy się późnej kolacji ok.22 zajadając się „sztekami” z pieczonymi ziemniakami. Nie ukrywam, że po całym dniu na głodzie smakowało jak diabli. Zapite browarkiem oraz naszą ojczyźnianą żubrówką stanowiły znakomite zwieńczenie pierwszego dnia pobytu na niemieckiej ziemi.
Kolejny dzień upłynął pod znakiem rozmów i negocjacji mających doprowadzić do usprawnienia naszej wspólnej pracy dla dobra farmerskiego klienta.
Powrót podzielony był na dwa etapy: przyjemniejszy z Berlina do Poznania oraz normalny z Poznania do Wrocławia. Pociąg relacji Poznań-Wrocław nie odbiegał zwyczajowo od tego, do czego przyzwyczailiśmy się podróżując Polskimi Kolejami Państwowymi. Zarówno przedział jak i cały wagon stanowił klasykę gatunku pkp: toaleta była świeżo przyozdobiona prawdopodobnie ludzkimi ekskrementami…rdza zadomowiła się na dobre obejmując niemal całe pomieszczenie..zmrożony śnieg zajmowal miejsce uszczelek w oknach na korytarzu…szczytem wszystkiego było zwrócenie uwagi przez konduktora naszej szefowej aby nie trzymała nóg blisko siedzeń…ten żart do nas nie trafił i daliśmy wyraz naszemu oburzeniu, obrzucając rzeczonego umundurowango kanara odpowiednią wiązanką epitetów, opisujących jego domniemany, tudzież faktyczny poziom inteligencji. Żelazna kurtyna opadła….
Berlin jest naprawdę pięknym, interesującym miastem i żałuje tylko, że nie udało nam się zostać dłużej. Przez wiele lat podzielony murem stanowił żywą granicę podziału świata na dwa bieguny. Dzisiaj jest miastem kosmopolitycznym, otwartym i zachęcającym. Być może jednak w świadomości Berlińczyków ich ulica będzie zawsze jak oniegdaj śpiewał Kazimierz S. „murem podzielona” , a mieszkańcy tych ulic „zza zasłony obserwują obie strony„.
smakowita satyra